Do nowej restauracji naprzeciwko mojej pracy idę zjeść. A tam: bookcrossing. Wkładam rękę w walizkę pełną książek, wyciągam coś niewielkiego. Zastygam, widząc tytuł. „Piąte dziecko”. Doris Lessing. (Jaka magiczna siła prowadzi człowieka akurat w to miejsce, do tej restauracji, do tej walizki i do tej autorki?).

Coś niewielkiego – wielkiego. Fabularnie zwięzłe – intelektualnie olbrzymie. Ta książka nie kończy się na gangu Bena, ona przechodzi w życie, to zwykle, codzienne. Kobiece, męskie, wspólne, samotne, dziecięce, młodzieńcze, biedne, bogate. Każde.

Wstyd, ale znałam tylko „Dwie kobiety”. I pamiętam ciężar emocji w równie niewielkim tomiku. Jak ona to robi, że egzystencję w pełni opisuje na stu stronach? Esencja – ale przecież i wielki styl. Miał rację: „gigantka”.