O piątej rano wyszłam z domku, furtka oczywiście przymarzła, więc siłuję się z nią. Śnieg sobie poprósza od niechcenia. Moje ślady są pierwsze na drodze od domku aż do głównej ulicy. Tam widzę inne, tylko że ktoś szedł w przeciwną stronę. Nie depczę jego śladów, na tej ulicy to jego były pierwsze. A może myślał o tym samym, co ja?

Mijam Campus po lewej stronie i wieżowce po prawej. Na skrzyżowaniu światła migają pomarańczowo, nie ma ruchu. Już wtedy wiedziałam, że mój autobus pojechał.

Przystanek pusty. Mnóstwo śladów: dreptanie w kółko, przytupywanie z zimna. Lekkie szpileczki nawet czekały na autobus. I poszły. Wszystkie ślady kierują się do krawężnika i urywają się. Oni zdążyli na autobus, zdążyli do pracy, zdążyli do domu po nocce.
Czy ja zdążę na pociąg?
Moje ślady są bardzo spóźnione.

W ósemce muszę mocno trzymać się rurki. Plecak ściąga mnie na dół albo na boki przy każdym zakręcie. Czuję na łydkach mokre ze śniegu nogawki.

Nie idę na dworzec przez pasy. Przecinam rondo, kwadrans po piątej policjanci śpią. Kolejka niedługa, zdążę na pociąg. Zegar dworcowy jest elektroniczny. Zawsze mi się wydawało, hmm… a może chciałabym, żeby tak było, że na dworcach zegary powinny mieć wskazówki. Szczególnie na takich dworcach jak ten – starych i zimnych, gdzie nikt nie siada na drewnianych ławkach, bo brzydzi się, że sypiają na nich bezdomni.

W kiosku nie mają zeszytów.
– Czy jest cokolwiek, na czym można pisać? – pytam.
– Nie, żadnych zeszytów nie mamy.
– A wyrwie mi pani kartkę ze swojego zeszytu?
Dostaję dwie.

Pociąg trzęsie i litery, które stawiam, rozjeżdżają się na wszystkie strony. Układam wierszyki dla A.

Na zmianę śpię i myślę. To znaczy wydaje mi się, że nawet przez sen myślę, bo kiedy się budzę, mam pełno pomysłów. Tylko jak się budzę, to chyba zasypiam, bo wszystkie pomysły w mig zapominam. (?)

6 godzin siedzenia w jednym miejscu, patrzenie przez jedno okno. I tylko krople deszczu ciągle się na nim zmieniają, ale co z tego, kiedy wszystkie wyglądają tak samo.

Gliwice. W PKSie spotykam Kaśkę. Opowiada o ścięgnach i żyłach pływających w formalinie, słabo mi.

Kiedy docieram do domu, wszystko jest najlepsze. Tata w drzwiach, pies wszędzie. No i moje ptaki, fiołki też zostały, pióra i gniazdo, wszystko jest… I rzeźby, i obrazki, aniołek i łapacz snów, i Marilyn śmiejąca się z kalendarza, na którym jeszcze jest styczeń.
Oswajam się z kątami. Czekam na mamę. I na A. Czy będziemy parą na zawsze?
Tutaj wszystko nazywa się szczęście.