Tornado w melisie

Posted on Wrz 21, 2011

W górze jest lepiej. Jest na przykład lampa, która oznacza światło i nic więcej. Ani nigdy nie wyglądał jak klosz, ani nigdy nie świecił. Jest też wielki biały kwadrat sufitu, który nie kojarzy się z nim nijak. Nigdy nie był biały ani kwadratowy, nigdy też nie zabiłam na nim komara. Sufit i lampa, tyle widzę, gdy nie mogę już patrzeć na nic innego. Bo wszystko i wszędzie kojarzy mi się z nim. Leżę więc na wznak i kontempluje lampę i sufit, a w mojej głowie płynie spokojna myśl. Ale – jak zwykle znienacka – pojawia się znowu fala. Że on oślepia jak lampa. Że on jest wielki jak sufit.
Wykończę się tą samoprodukcją naciąganych skojarzeń, uwielbień i zachwytów. Nigdy nie wyrażonych. Nigdy nie zdemaskowanych. Upchniętych w sobie jak tornado w puszce melisy. Czasem tylko zdradzonych przez małe trzęsienie ziemi, małe drżenie rąk. Po którym świat o dziwo ani drgnie, za to ja mam dużo sprzątania.
Wszystko porozrzucane w moim ciele, trzeba to układać. Głowa na kark, myśli w logiczną całość, serce fruwające gdzieś po ulicy złapać i wcisnąć przy cierpliwej aorcie. Poprawić włosy, oczy i brwi. Upchnąć tornado z powrotem. I najlepiej rzucić się na łóżko, i gapić w sufit. Ale ta miejscówka też przepadła.
Bo jest już i w lampie, i na suficie.

Read More

Wdech

Posted on Wrz 18, 2011

Myśląc o wczorajszym słoniu, spłycając po człowieczemu jego historię, znalazłam w sobie podobieństwo, choć o inny zmysł idzie. Czuję nosem coś, czego prawdopodobnie inni mogą nie ustrzelić żadnym wdechem. Ani nawet inne… Czuję, że na pulsującej tętnicy kogoś zupełnie przypadkowego wydarzyła się niesamowita przygoda. Na tym jednym centymetrze jego skóry zobaczyłam jak z lazurowej wody fale wyrzucają zielone akordy, a słodkie mandarynki leżą zupełnie nago na plaży, w przeogromnym słońcu, w pysznym słodkim soku. Nagle zrywa się wielki deszcz, ale to nie krople lecą z chmur, ale kulki czarnego pieprzu, które kleją się do lepkiej skóry mandarynek. – Nie pieprz! – woła antypornograficznie cedr, który właśnie podwija rękawy, żeby ruszyć z pięściami ku przyprawie. – Już ja się z tobą rozprawię! – krzyczy zgniatając ziarna pieprzu. Mandarynki zupełnie nagie drżą na ten widok, ale cedr ani myśli się opanować. Dopiero lilia wodna, której przerwano błogie dryfowanie, wylewa cedrowi na głowę cały swój dzban zimnego morza. W powietrzu unosi się zapach mielonego pieprzu, świeżej wody, soku z mandarynek i gorącego cedru. Ale pojawia się jeszcze ktoś, na kogo zawsze można liczyć. Żeby tu nie było tyle namiętnych myśli, mandarynki niech założą chociaż buty. Drzewo sandałowe już biegnie z kilkoma parami. Zaczynam się głośno śmiać, tutaj, na tej ulicy, bo jeszcze ambra też się w tej historii pojawia, ale przecież ambra… to wydzielinia z żołądka kaszalota! I tu czar pryska. Minęła dokładnie jedna sekunda… Po prostu przemknął obok mnie, a ja akurat brałam oddech. Perfumy powinno się pić. Odstawiłabym każde wino.

Read More

Słoń

Posted on Wrz 18, 2011

Zalapałam się wczoraj na połowę bajki o słoniu, który – dzięki swoim wielkim uszom – jako jedyny w całej dżungli słyszał, że na maleńkim fioletowym kwiatku żyją ludzie. Słyszał, jak rozmawiają, jak żyją. Ale inne zwierzęta w dżungli nie wierzyły słoniowi, nie miały tak wrażliwych uszu jak on. Nie wierzyły w istnienie tych ludzi. Postanowiły przerażająco zgodnie, że słonia wraz z kwiatkiem wrzucą do kotła. I tutaj wydarzyło się całe mnóstwo akcji, a potem, gdy już zorientowałam się, że oglądam telewizor z rozdziawioną buzią, jak małe dziecko, nastąpił przekochany szczęśliwy finał i morał był też, oczywiście…
„I od tej pory zwierzęta wierzą w ludzi, choćby oni byli nie wiadomo jak mali”… Zabrzmiało bardzo pięknie, ale zakłuło też jakieś bardzo niskie c.

Read More

Pod prąd

Posted on Wrz 17, 2011

Dziwię się, że jeszcze tętni muzyka. Dziwię się, że kręcą się ruchome głowy i błyskają „ełrolajty”. Dziwię się, że kula lustrzana wiruje nad głowami tańczących ludzi, jest przecież napędzona silnikiem.
Patrzę na te opalone ramiona kobiet i mężczyzn, uniesione w górę, plątające się między sobą, pewnie w dużej części celowo.
I dziwię się, że nie padł prąd.
Siedzimy obok siebie, a między nami milion elektrycznych wyładowań. Sięgnięcie po kieliszek, poprawienie fryzury, wyprostowanie pleców, a nawet cień uśmiechu – to wszystko powoduje napięcie wartości miliona woltów. Które produkuje jak elektrownia, a wysyła prosto we mnie. Powinno się go izolować, powinien mieć własne rozdzielnie na smyczy, bez których nie ruszałby się z domu. Opowiada coś, zerka śmiało, zwodniczo emabluje. Wie, że jest władcą, koronowanym przez samego Alessandra Voltę.
Postanawiam, że wyjdę stąd, zanim nastapi jedno wielkie power failure. Albo coś gorszego.

Read More