Czytając jego wiersze czułam się jakbym oglądała obrazy Dalego. Albo patrzyła w oczy Bursie. Albo tatuowała sobie na powiece: poètes maudits. Każdy wers wyrywam z kartki jakbym wyciągała spod skóry drzazgę. Czy to ma boleć? Nie wiem. Tak jak nie wiem, kto te wiersze obejmie umysłem. Tylko bardzo łakome synapsy będą wiedziały, co robić. Tyle krwi, tyle fioletu. Anatomia i kosmos. Totalna nieograniczoność skojarzeń i taniec synestezji. Każde słowo jak atom. Drgająca membrana. To poezja kwantowa.
Kanony i klasyka dostały tak po twarzy od Rimbauda – teraz niech nadstawią drugi policzek…