Sypialnia Skin w moich uszach

Posted on Wrz 27, 2012

Ta płyta powinna służyć do badań słuchu. Jeśli Ci się podoba – wszystko z Tobą okej. Jeśli nie – jesteś głuchy.
Wiem, że zaraz znajdzie się sporo chętnych do laryngologa. Jasna sprawa – nie każdemu przecież musi się podobać genialna muzyka z płyty „Black Traffic” Skunk Anansie. Gdybym wiedziała, że wrócę z nią do domu, wysprzątałabym mieszkanie na błysk, przygotowała zupę krem, puszyste grzanki i kupiła najlepsze wino (na jakie mnie stać;).
Skin może z głosem robić, co chce: może sobie poleżeć w Twojej głowie, pogować w duszy, może okryć Cię aksamitem, żeby za chwilę zostawić na Twoich plecach drapnięcia paznokci. Na tej płycie jest ogień sprzed lat – pamiętam go z mojego pierwszego koncertu Skunksów w katowickim Spodku, gdy Skin rozdarła świat na kawałki śpiewając „Selling Jesus”. Taką ją poznałam i taka znalazła sobie w moich uszach miękkie posłanie. Sting nigdy nie był zazdrosny, dzielą ze sobą muzyczne piętrowe łóżko w mojej głowie. Też nie wiem, jak to możliwe. I nigdy nie wiem, kto śpi na górze. Mój muzyczny świat nie jest zbyt pojemny ani na topie, ale wierny jak pies. Poprzednia płyta SA, „Wonderlustre”, jest duszą Skin, a „Black traffic” jej ciałem, które składa się w 90% z głosu. Uważaj na korki, gdy naciśniesz play. Jeśli nie wbije Cię w fotel, przed czwartym na płycie „I hope you get to meet a hero” otwórz ulubione wino. I kołysz kieliszkiem…
Rzadko się zdarza, by każdy utwór na płycie był dobry. A tutaj tak właśnie jest. Ale może to dlatego, że w mojej głowie Skin urządziła sobie sypialnię, a w duszy bibliotekę wspomnień. Jeśli zdarzało Ci się o jakiejś płycie powiedzieć, że d*** nie urywa, to polecam „Black traffic”. Tylko jak sobie poradzić sobie bez tej części ciała przez resztę dnia? ;p
PS Dziękuję Ci, mój mężu, za uratowanie mojego tygodnia tym prezentem :)
Read More

Kraj, który nie istnieje

Posted on Wrz 2, 2012

Ktoś powiedział: jak nie piszesz, wiem, że jest dobrze.

Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Jak nie piszę, brak po prostu czasu. Pewnie, że szczęśliwe dni zabierają czas. Ale kiepskie także, więc to, czy robię wpisy, czy nie, nie zależy wyłącznie od nastroju, tylko od tego, czy chcę coś utrwalić i podzielić się czymś, czy nie.

Nie ma dnia, żebym nie wspominała tegorocznych wakacji. Spędzonych w kraju, którego nie ma na mapach. Spędzonych pięknie, chociaż w upale, chociaż w momencie plajtowania biur, chociaż w państwie nieuznawanym przez inne, w państwie, do którego nie można dolecieć bezpośrednio samolotem.

Co wspominam? Wszystko, co chłonęłam zmysłami i umysłem.

Wspominam widoki: ostrych skał nad morzem, silnego Serhana, panoramy miasteczek, trójkę skośnookich kelnerów stojących na baczność na schodach restauracji, wzgórza i pola z wypaloną słońcem roślinnością, niezliczoną ilość flag Turcji i Tureckiej Republiki Cypru Północnego.

Wspominam zapachy: cedru, intensywnych męskich perfum, zapach morza na ręcznikach, zapach pieczonej ryby i milion innych, które unoszą się nad gorącą cypryjską ziemią.

Wspominam smaki: kaszki kus-kus przyrządzanej na sto sposobów, grillowanych lokalnych ryb, boskiego soku wyciskanego ze świeżych pomarańczy, sera kaser…

Wspominam dotyk: kamieni pod stopami, parującego wręcz piachu, ciepłego wina w ustach spragnionych chłodu, szorstkość ręcznika sztywnego od morskiej wody.

Wspominam dźwięki: murzyński głos śpiewający w ciepły wilgotny wieczór „What a wonderful world” Armstronga, śpiewne okrzyki tureckiego artysty, pełne przejęcia i pasji, cudowny brytyjski akcent recepcjonistki w hotelu, „Lapta! Lapta!” – nawoływanie kierowcy dolmusza, „Ameno” na pirackim, sztucznym, irytującym statku…

Wspominam myśli: cudne, szczęśliwe. Spokojne.

Wiem, że tam wrócimy. Bo były znaki: ulewa w miesiącu, w którym nigdy nie pada deszcz. I to w momencie, gdy przekraczałyśmy granicę z Cypru Południowego na Północny. Podając celnikowi paszport, usłyszałam ciężkie krople stukające o dach granicznego przejścia. Wśród ludzi ruch, śmiech, niedowierzanie. Gdy celnik oddawał mi paszport, deszcz przestał padać. Na ulicach zostały tylko małe parujące kałuże. Nie poczułam tego deszczu na spalonych ramionach. Był też inny znak, przez który ze śmiechu nałykałam się morskiej wody: z nieba nam spadły pieniądze… Niewielkiej wartości banknot miękko wylądował na morzu, tuż obok nas. Trzeci znak zostawiłam sama: gdzieś w Nikozji, nie wiadomo gdzie, zostawiłam maleńki błękitny paseczek z sandałów. Szukałam wszędzie, ale widocznie miałam coś na Cyprze zostawić – coś więcej, niż kawał swojego serca.

Czy było pięknie? Nie, nie powiedziałabym, że Północny Cypr jest piękny. Ale jest wspaniały. :)

 

Read More