Gablota

Posted on Wrz 29, 2013

Wzrok ucieka do gabloty.

B. mówi o pielgrzymce do Santiago de Compostela. Cała jest radością, tylko jej ręce trzymają szklankę tak, jakby ta szklanka trzymała codzienność przy życiu. Gdyby B. puściła teraz szklankę, całe mieszkanie rozpadłoby się na kawałki. Pije więc herbatę małymi łykami, zaciskając na niej mocno swoje dłonie. Którymi nie strzepuje już pyłków z ramion swetra mojego wujka. Którymi nie poprawia już jego krawatów i nie nosi zakupów dla dwojga. Nosiła, a on wyciągał jej łagodnie te ciężkie siatki z rąk. To żywy obraz, jak z wczoraj.

Jej wzrok ledwo przeciska się przez zaciśnięte, roześmiane powieki, gdy opowiada o tym wszystkich miejscach, które widziała.

Mój wzrok ucieka do gabloty. Tam stoi sześć tomów Gałczyńskiego – to w tym domu, przez te tomy, tak go polubiłam. Wchodzi G. i zaczyna po chwili wątek leopardów, którym szczęśliwie wyklucza mnie z rozmowy. Odwracam się do gabloty i jestem zupełnie gdzie indziej..

Gdy wracam, mowa jest o repatriantach, a B. żywo wspomina swojego ojca. Nie ma repatriantów, nie ma ojca, nie ma mojego wujka i nie ma Gałczyńskiego. A my jesteśmy boleśnie, uczepieni tej chwili spotkania. Gablota, „klatka pełna ptaków”, galaktyka Gutenberga, zaczepia mnie i przestrzega, koi i dziobie, niesie na skrzydłach i zrzuca w otchłań, gdzie są repatrianci, ojciec B., mój wujek, Gałczyński, Kira, ludzie, wszyscy ludzie, ich psy i koty, domy, szklanki z herbatą, ich naiwność, ich dobro i zło, ich dzieci, ich kościoły, ich ateizm, ich nauka. Zostały tylko gabloty, które o nas opowiadają.

http://www.youtube.com/watch?v=aDIizbqaK3s&feature=player_embedded

Read More

Autobus

Posted on Wrz 26, 2013

Jadę autobusem, a on stoi przede mną. Zawsze jedzie o tej porze. Ma pieprzyk na karku i włosy jak jeż. Zgrabną marynarkę i akademickie spojrzenie w okularach. Gdy siedzi – czyta. Gdy stoi – ciągle przegląda komórkę i głowę dam, że nie siedzi na fejsie, a jeśli – to sprawdza jakiś hipsterski maoizm. Jego głowa wystaje z nas wszystkich jak ze ściółki. Mam w torbie jabłko – mogłabym położyć je na jego głowie i jestem pewna, że wbiłoby się w te jeżowate włosy, a on by go nie zdjął.

Tak wygląda mój jesienny poranek.

Mógłby snuć się w intelektualnym papierosowym dymie, przeszkadzać deszczem pukającym w okna biblioteki, psuć oczy Tonym Judtem, ale nie: jest jak jabłko nabite na fajną męską fryzurę. A ja jadę autobusem do Focusa, żeby kupić sobie lakier do paznokci.

Trzymamy się tego samego drążka, autobus delikatnie podrzuca nas w górę. On ma w torbie pewnie znowu jakąś książkę – ja mam jabłko. I wiem, że jabłko wygrywa.

Read More

Frida

Posted on Wrz 13, 2013

– Od dawna są razem?
– Kto?
– Twoje brwi.

Frida Kahlo – malarsko namolna, biograficznie zbyt tajemnicza. Kocham ją i jej nienawidzę. Fascynuje mnie i obrzydza. W życiu spotkały ją dwa wypadki: autobusowy i ten, kiedy poznała Diego. Le Clezio tak napisał ich biografię, że nie mogę myśleć o niczym innym, tylko o niej, przykutej do łóżka, wściekłej z zazdrości, bujnej, zrozpaczonej, nadzwyczajnej. Nie da się na dźwięk słowa „Frida” wzruszyć ramionami.

 

 

Read More

Przewijanie dnia

Posted on Wrz 5, 2013

Przewinęłam dzień jak przewija się dziecko. Gdy tylko do mnie dotarło, że robi się gówniany, przewinęłam go.

Najpierw odłożyłam gazety, bo z nich wydobywa się okropny odór zła, głupoty albo fanatyzmu. I założyłam sobie na mój dzień ten stary, ale odświeżający tomik Julii Hartwig, gdzie zaznaczone są słowa:

” Ty jesteś jak dłoń moja wciąż ze mną i we mnie

Biegnę ty we mnie kreślisz niewyraźne znaki

Których odczytać nie chcę nie śmiem nie potrafię”

I tym tomikiem przewinęłam swój dzień, swoje myśli, wszystko wokół. A kiedy moje myśli są takie świeże, pachnące, miękkie, ciepłe – od razu są jego. Stapiają się z nim. Jak na tym obrazie Renaty Domagalskiej, który łączy dwie ze sobą dwie skóry, plecy z brzuchem, rękę z piersią, usta z szyją.

Read More