Pragnienie

Posted on Sie 30, 2014

Było: pamiętać.

Jest: zapomnieć.

 

„Gdzieś na dnie snu,
późną jesienią,
powraca tu
rozmowa zła,
te głosy dwa,
których już nie ma”

A. Osiecka

Read More

W albańskich górach

Posted on Sie 25, 2014

Góry budzą szacunek. Wydają dźwięk podobny do silników samolotu. Czają się. Wyrastają przed tobą. Oddychają mgłą powoli i głęboko. Nie są oswojone. Nie są uwiązane na kolorowych smyczach szlaków.

Są wolne, samotne, olbrzymie.

Gdzieniegdzie na dole widać przybrudzone żywe kulki wełny. Owce ruszają się w leniwym rytmie wyznaczanym przez pasterską batutę – stary Albańczyk z kijem dyryguje krajobrazem. Osioł niesie na grzbiecie kopę suchych liści kukurydzy. Spojrzał na mnie spod grzywki jak ten ze „Shreka”.
Daleko jeszcze?
Daleko. Do Europy, do cywilizacji, do pieniędzy. Do „Shreka” w kinie i do kina. Ale „kokoszka” już jest – prażona kukurydza.

Osioł niesie liście. Albańczyk patrzy na owce. Góry są wolne, samotne, szczęśliwe.

Read More

B.

Posted on Sie 8, 2014

Dla mebli schody, łomot, wóz i przewóz.

Dla ścian jasne kwadraty po zdjętych obrazach.

Dla sąsiadów z parteru temat, przerwa w nudzie.

Dla samochodu lepiej gdyby były dwa.

Dla powieści, poezji – zgoda, bierz co chcesz.

Gorzej z encyklopedią i sprzętem wideo,

no i z tym poradnikiem poprawnej pisowni,

gdzie chyba są wskazówki w kwestii dwojga imion –

czy jeszcze łączyć je spójnikiem „i”,

czy już rozdzielać kropką.

 

Wisława Szymborska

Read More

Nabucco. Bez patosu

Posted on Sie 5, 2014

„Nabucco” było ekstrawaganckie. Kiedy człowiek z medialnej dziczy idzie po ciężkim tygodniu pracy zrelaksować się na operę, to może przeżyć wstrząs kulturowy. Nikt wyrwany ze świata hałasu i gonitwy nie powinien bez jakiejś specjalnej aklimatyzacji zasiadać do oglądania opery.

Wiem to po sobie. Całe studia co prawda przechodziłam ze słuchawkami na uszach, a tam: Nabucco, Carmen, Orfeusz i Erydyka… Ale to był tylko jeden zmysł. Słuchałam głównie w autobusach MZK mając przed sobą człowieka zmęczonego po pracy albo żula. A opera na żywo uprowadza wszystkie twoje zmysły. Kradnie ci kontakt z rzeczywistością.

Po prawej stronie sceny zasiadała włoska orkiestra. Ledwo się rozgościłam, łupnęły flety, wiolonczele, skrzypce, altówki. Oszalał gruby dyrygent, którego rękom ktoś powinien napisać „marsz Parkinsona”, tak podrygiwały. Oswajając się z natężeniem dźwięku zerkałam na prawo, czy już wychodzi chór i soliści. Autentycznie byłam przerażona, co tam zobaczę.

Wyszli. I było po mnie. Czułam się jak na seansie kolejnej części „Planety małp”. Nie rozumiesz języka, ale obserwujesz z fascynacją stworzenia przed Twoimi oczami.

Chórzyści odgrywający Żydów byli owinięci w worki po ziemniakach i na stopach mieli „jezuski” – ale było zimno (amfiteatr!), więc pozakładali skarpety. Straż wyglądała, będę brutalna, jak Smerfy. Izmael miał na szyi kafelki. a Nabucco ubrany był w dywan. I ściskałam w ręce libretto, ale i tak nie nadążałam za fabułą.

To wszystko obezwładniło mnie. Przez trzy godziny z niemal otwartą buzią zwiedzałam kosmos. Wielość wrażeń targała mną od śmiechu do wzruszenia i z powrotem. Dawno temu byłam w operze, teraz opera była we mnie. W uszach, w oczach, w umyśle. Przepych, multimedialność, teatralność – to uwodzi.

A przy okazji odkryłam, że potrafię być męcząca. Całą powrotną drogę chciało mi się śpiewać sopranem „porkeee, porkeee, porkeeee”…

„Nabucco” było ekstrawaganckie i ekstra. Jedni lubią Open’era, innych kręci opera.

Read More