Te duże, okrągłe, dostałam chyba na 24 urodziny od Kasi i Sandry. Te długie kupiłam na pięciolecie gazety, sama sobie w nagrodę. O bransoletkę splecioną w warkocz walczyłam na Allegro, a tę cienką znalazłam w ściółce na spacerze. Łańcuszek ostał się po zgubionym onyksie, a drugi przebija bursztynowe serce Kruka (prezent od Siostry).

Zaśniedziały. Wszystkie.

Nie spodziewałam się znalezienia antidotum na śniedź srebra w towarzystwie porad, jak usunąć plamy po jajku i brud na zasłonie prysznicowej, a jednak. Byłam naprawdę zdumiona starciem soli i wody ze śniedzią. Starcie śniedzi się udało ;) Jestem profanką chemii i nie pojmuję procesów, które wyczyściły brudne srebro, ale kiedy właśnie planowałam zapytać o te sprawy mojego wujka, chemika z zawodu, to nagle bransoletka prześlizgnęła się przez sitko umywalki, które jest zaprojektowane dokładnie tak, aby po cichu zasysać wodę, usypiając naszą czujność, a przy okazji i dla żartu pożerać małe wartościowe przedmioty, na które zupełnie nie zasługują ludzie tak nieuważni jak ja. Zrobiło mi się smutno.
Ale nagle przyszedł mi do głowy taki obraz: oto idzie sobie „Turtles”, koniecznie Donatello, bo lubię fioletowy, idzie sobie zimnym i mokrym kanałem, a tu nagle… PAC! Spada mu na łysiutką zieloną głowę mała śliczna bransoletka. I od razu Donatello ma lepszy dzień. Uszczęśliwia mnie ta fantazja bardzo, bardzo mocno. Idę poszukać kolczyków dla Splinetra ;)