Szuramy butami w liściach, jest duszno, jakby deszcz zatrzymał się metr nad naszymi głowami – naciska na powietrze z ogromną siłą, ale pozostaje w miejscu. Słońce poukładało promienie na ulicy, nakapało trochę między liście, trochę go mamy we włosach.

Burzowe niebo już rano weszło we mnie przez pory w skórze. Większe chmury wślizgnęły się we mnie oczami, uszami i nosem. Mam je teraz w sobie, stąd chmurne spojrzenie i czoło. Stalowa mgła wypełnia mnie zimnem – moje oczy nigdy nie były tak szare.

Z jakąś chmurą wpadło we mnie kilka ptaków. Siedzą we mnie skulone – boją się takiej pogody. Gdy słychać pierwsze, dalekie, nieśmiałe chrząknięcie burzy, ptaki podnoszą się we mnie w chaosie. To wspaniałe uczucie i wielka moc uspokajać je.

Gdy stoję w oknie, wiem, że patrzą przez moje oczy na błyski piorunów, że słuchają przez moje uszy trzasków. Całą noc trwa burza. Wreszcie one zasypiają we mnie.

Gdy budzę się rano, powietrze jest zimne i jasne. Pachnie tak, jak gdyby ktoś wyciągnął miasto z pralki i rozwiesił do wyschnięcia. Ptaki, wdzięczne, siedzą na słupach telegraficznych, na drutach – i jak klamerki przytrzymują nam miasto, które wysycha w poranku.