Znajomi na Facebooku dzielą się zdjęciami z wakacji. Tajlandia, Francja, Tunezja, Grecja. Turcja. Bosko. Oglądam. I szukam jakichś śladów książek, jakichś okładek, które wprosiły się w kadr. Ciekawi mnie, co czytają w czasie wielogodzinnych lotów i na leżakach. Czasem chyba nic. I dobrze, niech każdy wypoczywa jak chce, ale…

Kilka lat temu byłam w Stambule. I od tego czasu gdziekolwiek jadę, dobieram lekturę starannie. Kiedy teraz czytam „Muzeum niewinności” Orhana Pamuka aż skręca mnie z żalu, że nie wzięłam jej wtedy do największego miasta Turcji. Bez Pamuka nie da się „być w Stambule”.

Widziałam szpice meczetów, czułam faktury dywanów pod stopami i łaskotanie chusty w policzki. Częściej się brzydziłam niż zachwycałam. Zobaczyłam kolory, których nigdy wcześniej nie widziałam. Z przerażeniem wpatrywałam się w gigantyczny (jak na cieśninę) Bosfor. Ale nie „byłam w Stambule”.

Oczywiście, Pamuk jest piewcą swojego rodzinnego miasta i czuć tutaj mitologię, ale nie zwracam na to uwagi. Noblista wyjmuje Stambuł z Turcji i podsuwa go na wyciągniętej dłoni jak mieniący się klejnot. Nigdy nie założyłabym takiego klejnotu na szyję, ale nie mogę od niego oderwać oczu. Nigdy nie pokocham Stambułu, ale dzięki Pamukowi wreszcie widzę go z każdej strony.

Do Albanii zabiorę Ismaila Kadare. Czyli do Albanii zabierze mnie Ismail Kadare.