Gdyby ktoś zapytał mnie, co ostatnio porabiam, powiedziałabym, że produkuję. Włosy, skórę, kości, organy wewnętrzne, uszy, palce i rzęsy. I że się przy tym męczę, choć wszelkie dolegliwości lubię nazywać „drobnymi niedogodnościami”, bo w krwiobiegu pojawił się nowy składnik: siła.

Inaczej mi brzmi pytanie, czy płód to dziecko – niż wtedy, kiedy miałam jedno serce. Odpowiedź ta sama, ale pytanie jakby inne. I patrzę, jak się zmieniam. Obserwuję siebie. Ciało to drobiazg, podoba mi się. Umysł jest inny. O ile przez pierwsze miesiące wszystko było fizjologią, o tyle teraz mój umysł jest powykręcany na wszystkie strony. Można wyjaśnić każdy proces, który we mnie zachodzi. I wszystko mnie ciekawi biologicznie.  Oprócz jednego. Tego nie chcę wyjaśniać.

Że kocham płód.

PS W polskiej literaturze brak inspiracji i pobudki na ten czas. Albo kiczowate sagi, albo patologia Filipiak. Szukam.