Jadę autobusem, a on stoi przede mną. Zawsze jedzie o tej porze. Ma pieprzyk na karku i włosy jak jeż. Zgrabną marynarkę i akademickie spojrzenie w okularach. Gdy siedzi – czyta. Gdy stoi – ciągle przegląda komórkę i głowę dam, że nie siedzi na fejsie, a jeśli – to sprawdza jakiś hipsterski maoizm. Jego głowa wystaje z nas wszystkich jak ze ściółki. Mam w torbie jabłko – mogłabym położyć je na jego głowie i jestem pewna, że wbiłoby się w te jeżowate włosy, a on by go nie zdjął.

Tak wygląda mój jesienny poranek.

Mógłby snuć się w intelektualnym papierosowym dymie, przeszkadzać deszczem pukającym w okna biblioteki, psuć oczy Tonym Judtem, ale nie: jest jak jabłko nabite na fajną męską fryzurę. A ja jadę autobusem do Focusa, żeby kupić sobie lakier do paznokci.

Trzymamy się tego samego drążka, autobus delikatnie podrzuca nas w górę. On ma w torbie pewnie znowu jakąś książkę – ja mam jabłko. I wiem, że jabłko wygrywa.