Wzrok ucieka do gabloty.

B. mówi o pielgrzymce do Santiago de Compostela. Cała jest radością, tylko jej ręce trzymają szklankę tak, jakby ta szklanka trzymała codzienność przy życiu. Gdyby B. puściła teraz szklankę, całe mieszkanie rozpadłoby się na kawałki. Pije więc herbatę małymi łykami, zaciskając na niej mocno swoje dłonie. Którymi nie strzepuje już pyłków z ramion swetra mojego wujka. Którymi nie poprawia już jego krawatów i nie nosi zakupów dla dwojga. Nosiła, a on wyciągał jej łagodnie te ciężkie siatki z rąk. To żywy obraz, jak z wczoraj.

Jej wzrok ledwo przeciska się przez zaciśnięte, roześmiane powieki, gdy opowiada o tym wszystkich miejscach, które widziała.

Mój wzrok ucieka do gabloty. Tam stoi sześć tomów Gałczyńskiego – to w tym domu, przez te tomy, tak go polubiłam. Wchodzi G. i zaczyna po chwili wątek leopardów, którym szczęśliwie wyklucza mnie z rozmowy. Odwracam się do gabloty i jestem zupełnie gdzie indziej..

Gdy wracam, mowa jest o repatriantach, a B. żywo wspomina swojego ojca. Nie ma repatriantów, nie ma ojca, nie ma mojego wujka i nie ma Gałczyńskiego. A my jesteśmy boleśnie, uczepieni tej chwili spotkania. Gablota, „klatka pełna ptaków”, galaktyka Gutenberga, zaczepia mnie i przestrzega, koi i dziobie, niesie na skrzydłach i zrzuca w otchłań, gdzie są repatrianci, ojciec B., mój wujek, Gałczyński, Kira, ludzie, wszyscy ludzie, ich psy i koty, domy, szklanki z herbatą, ich naiwność, ich dobro i zło, ich dzieci, ich kościoły, ich ateizm, ich nauka. Zostały tylko gabloty, które o nas opowiadają.

http://www.youtube.com/watch?v=aDIizbqaK3s&feature=player_embedded