To był zapach rumianku, jeżynki i mięty. Do tego zapach proszku, który uwalniał się z frotowych struktur, choć myślałam, że wiatr wykruszył wszelkie ślady ostatniego prania. Zamykam oczy i przypominam sobie fruwający na balkonie ręcznik o temperamencie przynajmniej latającego dywanu. Nie da się go poskromić klamerkami. Słyszę trzask plastiku i lecę na balkon, żeby ukochana miękka frota nie dołączyła do przelatujących srok. 

A teraz miłe ręce wcierają w moją skórę zapach rumianku, jeżynki i mięty. Na dworze jest zimno, a czarne chmury naradzają się za oknem: luniemy deszczem, czy nie? Masowanie, głaskanie, rozcieranie. Albo bierne ruchy. Błogi nieład myśli. A ciało… ciarki, drżenie i mrowienie. Po wszystkim zasypiam i chyba przyczepiam do linek na pranie kawałki ciasta francuskiego.