Macierzyństwo – maciora.

Nigdy nie widziałam w babskiej prasie zestawienia tych dwóch słów, a szkoda. Ktoś pewnie się uśmiechnie, a ktoś poczuje się zażenowany, może nawet ktoś by się oburzył. Jak takie piękno i cud przykładać do świni? (Mało kto pewnie wie, kogo niegdyś nazywano maciorą).

Sąsiedztwa tych słów nie chcę usprawiedliwiać historią języka, tylko samym życiem. Bo o ile miłość, która przychodzi na świat wraz z dzieckiem, jest czymś niepojęcie cudownym, o tyle macierzyństwo ma swoje przykre odcienie. To zupełnie naturalne – tak jak oczywista jest cisza (albo dyskrecja) na ten temat.

To, co nazywa się połogiem, to niepokój, ból, skrępowanie, siadanie na jednym pośladku albo w ogóle brak siadania.
To, co nazywa się karmieniem piersią, to popękane brodawki, cieknące mleko, obrzydliwie mokre bluzki, ból obrzmienia.
To, co nazywa się urlopem, to ogromny stres, nieustanny niepokój.
To, co nazywa się spełnieniem kobiety, to poczucie braku kobiecości.

Bo kobiecość staje się funkcją. Kobiece cechy służą do czegoś, kobiece ciało służy do czegoś. Trudne są te pierwsze chwile, gdy masz jeszcze w sobie tę elegancką kobietę sprzed miesięcy, strzepującą pyłek z płaszcza, roześmianą. Ta kobieta jest przecież w tobie, ale masz tak małą szansę, by nią teraz być.

To ogromny sprawdzian.

Nieocenione jest oparcie. Opieka, ważny gest, dobry pomysł. Kobieta po urodzeniu dziecka nie zamienia się matkę. Kobieta zawsze jest kobietą. Matka to jedna z ról, którą pełni jako k o b i e t a.

I chcę, żeby moja córka wiedziała, że ta rola przyniosła mi wielkie szczęście, ale i wielki stres. Tak to bywa w sprawach najważniejszych.