Pani Zosia

Posted on Gru 29, 2009

Robiła zdjęcia enigmą. Zwykły aparat fotograficzny zatrzymuje w czasie ułamki chwil. A jej aparat musiał być jak enigma: szyfrował rzeczywistość. Las, ruina, pejzaż… To wszystko podkradał obiektyw, szyfrując gdzieś pomiędzy lustrem, matówką i kliszą na coś zupełnie niepojętego: zagadkowe panoramy, tajemnicze ogrody… „Niezależni”, bo tak nazywał się klub, który stworzyła w latach 70-tych, pochylali głowy nad jej zdjęciami i pewnie długo je omawiali. Ale co z tego, ona w swoich zdjęciach zaszyfrowała niemały fragment świata – i nikt tego kodu nie złamie.

Pani Zofia Lubczyńska nie żyje już prawie dwa lata, ale właśnie dzisiaj o niej pomyślałam. Tata znalazł w kuchennym zakamarku, między innymi słoikami, coś wzruszającego. Odręcznie podpisane jej ręką: „Pasta pikantna. Z kuchni Zofii”. Tata ściskał w dłoni słoik  dokładnie tak samo jak wtedy, gdy go otrzymał („Abyś otwierając swoją wystawę miał czym zająć dłonie” – powiedziała mu wtedy pani Zosia:).

– Unikat – powiedziałam, w zamyśleniu patrząc na słoiczek.

Ale to ją miałam na myśli.

Read More

Jeżyk

Posted on Gru 28, 2009

Jakie jest bożonarodzeniowe zwierzątko? Nie, nie porykujący osiołek. Betlejemski wielbłąd też nie. Kózka? No coś Ty.

Bożonarodzeniowe zwierzątko to jeżyk.

Na własne oczy widziałam go w dwóch domach, a pewnie jeszcze w wielu innych też się pojawił. I nastepnego roku na pewno będzie też w moim.

Pachnąca, jędrna pomarańcza ponakłuwana wonnymi goździkami…

Read More

Earl(y) grey

Posted on Gru 24, 2009

Earl Grey? Wiem, że to od jakiegoś hrabiego Greya… Ale dla mnie Earl Grey to Wczesna Szarość:) Szczególnie o ósmej rano, gdy w Wigilię za
oknem buro i deszczowo, a ja wyciągam chropowate kartki do suchych pasteli. Zaraz coś popełnię:) Sięgam po kaliber 6H, twarda broń.
Sześciokątny, 18 cm, jak wszystkie. Do precyzyjnej roboty. Jeszcze łyk Wczesnej Szarości… i zaczyna się. Trzymam ołówek mocno, lewą ręką. I
po chwili jest już po wszystkim… Na biurku leży coś okropnego. Echhh nigdy nie jestem zadowolona z pierwszej roboty. No cóż, trzeba wymazać
wszystkie ślady…

Muszę do Wczesnej Szarości dodać cytrynę i miód. Lepiej. Przewracam kartkę. Oglądam moje ołówki. Mam ich 12, cicho leżą w blaszanym pudełku LYRA. Moje ulubione to: Warm light grey, Warm slate grey, Black hard. Wygladzam kartkę, skąd ten gest? Przecież gładka… Biorę miękki ołówek, 4B. I delikatnie przykładam go do papieru. Zostawiam linie grubsze i cieńsze, wąskie i szerokie… Rozcieram, cieniuję. Ułamuję kawałek gumki, żeby wytrzeć zbyteczną kreseczkę, zdmuchuję resztki.

Późno ten prezent powstaje, ale będzie na dziś. Dostaniesz go jeszcze ciepły. Mało tego, jest w nim tyle serca, że chyba nigdy nie ostygnie:)

Wesołych Świąt dla Wszystkich:)*

Read More

Zmarznięte ręce

Posted on Gru 23, 2009

Trzy Wigilie temu. Co roku… Pamiętam :)

Spotkałam go. Miał co prawda czarny, a nie czerwony płaszcz, ale wiedziałam, że to ten właściwy, najprawdziwszy Mikołaj. Po czym go poznałam? Po uścisku dłoni, gdy się żegnaliśmy…

Bardzo zmarzły mu palce. Nie od trzymania lejców na reniferach. Zderzyliśmy się na deptaku – on biegł po warunki dla studentów

a ja szukałam rękawiczki, którą kilka chwil temu gdzieś tutaj zgubiłam. Wpadliśmy na siebie…

…i rozsypały się jego notatki. Zobaczyłam tylko: „nie idę do… idę do…”. Nie pamiętam jego twarzy, to mógł być każdy. Bo każdy jest decyzyjny. I losy tych wszystkich wokół – niezależnie od poziomu ich istnienia w świecie – zależą od Mikołaja. Mikołaja, który ma twarz każdego z Was. O wiele prościej byłoby zwalić to na jednego starego chłopa z nadwyżką cholesterolu, sparciałym workiem i sinym nosem. Ale to nie on, tylko Wy dajecie prezenty albo rózgę. Nie potrzebna Wam czapka i waciana broda. Jesteście Mikołajem i bez tego.

A teraz powiem Wam prawdę. Tak, zgubiłam na deptaku rękawiczkę. Wracając po nią zobaczyłam, jak podnosi ją jakiś leciwy pan. Ubrał ją. Po chwili wpadłam na przyjaciela. Wspaniałego, dobrego człowieka. Opowiedziałam o rękawiczce. Kazał mi dać drugą i poszedł do starszego pana.

Wrócił z obiema moimi rękawiczkami…

Ale nie miał swoich:)

Read More

Bilet

Posted on Gru 23, 2009

Nigdy go nie wyrzuciłam, choć pomięty i kruchy. Zawsze po podróży – w jedną albo drugą stronę – chowałam go, razem z poprzednimi. Czasem na biletach zapisywałam, kogo spotkałam.

To już osiem lat.

Podróż nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do celu. W rzeczywistości zaczyna się dużo
wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy –
przeczytałam u Kapuścińskiego przez przypadek. Przeznaczenie? Wyjeżdżać i wracać. Wracać i wyjeżdżać. Bezustannie. Nigdy nie czuć, że JESTEM TU. Zawsze być gdzie indziej. „Wystukaj po torach do mnie list, wtedy naprawdę nie wyjedziesz cała”… – nie martw się, cała nigdy nie wyjeżdżam:) Choć piszę sms: „Jestem już cała na miejscu”.

Ale nigdy nie jestem CAŁA. I nigdy nie jestem NA MIEJSCU.

***

Bilet żyje najwięcej osiem godzin, ale podróż nie kończy się nigdy :)

Read More